http://jaskoleczka.blog.pl/

Mój.

Zasyp mnie sobą, jak gorącym popiołem.
Ręką owiniętą w czułość, której nigdy tak naprawdę nie było i w kłamstwo, które trwa w każdym, pogładzisz blizny otwierając rany. Z ran upuszczę nieco gniewu, żeby zmącić na chwilę spokój, żeby oczyścić namiętność, żeby świat mógł znowu stanąć do góry nogami.
I ten świat przewrócony niech będzie chaosem, ale moim chaosem.



na ustach malina...

Z pod moich powiek wyjmuję słońce. Zawinę je w kilka niespełnionych jeszcze marzeń, dokładnie, żeby nie uciekł żaden promień. I zaśniesz, śniąc i nieśniąc za razem.
I żebyś się nie bał ciemności, złapię Ci kilka spłoszonych spojrzeń, zamknę w słoiku jak świetliki. A w każdym cudaczna radość, z bycia, niebycia, z niczego i z wszystkiego. Nie bój się, bo rozgromią ciemności.
A zanim mi uciekniesz rozepnę Ci rękaw i między moimi a twoimi ustami rozgniotę malinę, nie ważne czy lubisz.

Wdycham ten wieczór i ciszę świszczącą mi w głowie, jak piach w zębach. Przede mną kolejna ścieżka, rozwidlenie... Skręcić, iść prosto, może przysiąść na ławce? Zjawiła się, jak ćma...



*

W burzy rozkładam ręce i wysuwam język. I biegnę, pośród natłoku świateł i dźwięków. Spalam się, bo tak chciał przypadek.
Jedno oko, fioletowoszare uchylam. Natłok świateł i dźwięków, mokrej skóry, spiętrzonej w pęknięciach ciała i rozkrzyczanych dreszczy pomiędzy błyskami oczu.
Rozpijam się, spalam, bo chciałam rozkoszy.


Sen powoli uwalnia, oczy stają się piwne. Nic bym nie pamiętała, gdyby nie blizna pod lewym udem, a ogień był przecież tak mokry.



Wisienka na torcie.

Uśmiech oczu tak łagodnie rozszczepia duszę, tak jak gładzi się swoją dłonią po ściśniętej pięści zagniewanego, a ona staje się na powrót dłonią.

Lubię uśmiech w czekoladowych oczach i pół-grymas górnej wargi. I brew, co unosi się realnym zdziwieniem i smak krówek błąkający się po języku.

Potrzebuję wisienkę. Tak, tę którą już masz na języku. Pozwól, że ściągnę ją zębami i umieszczę na moim torcie. I nos wybrudzę Ci w śmietanie, którą zjem na przystawkę. Daniem głównym będzie kwaśny uśmiech z rozciętej pomarańczy, takiej na wpół dojrzałej. Sok zliżę Ci z krawędzi wargi i opryskanego podbródka. Na deser podzielimy się tortem: ja zjem tort, a Ty mnie... z wisienką na granicy światów.



Kawa

Włosy aromatem potargane i ból w stawach. Tyle pozostaje mi zwykle po kawie. I kilka słów... angielskich, niemieckich, fińskich, duńskich, francuskich... słów - mruknięć, czasami mrugnięć przez zaciśnięte oczy. Nie spoglądać, bo dziś co było to jest, co będzie to się nie zdarzy. Sny splotę w warkocze, żeby tylko nie uronić ani kropli z tego tonu, co rozkrada myśli.

uśmiech
- pomarańcza rozcięta
pestka pomiędzy zębami
i opadła szczerość

wiara rozdęta
w kolorach zaklęta
ubrana
w czarno-białe zdjęcia



Obiecane

Czasami chciałoby się poczuć, jak grasz na mnie partię szachów... Ale najpierw trzeba ją przygotować. Pola wylej z gorącego wosku i wyrzeźb na każdym inne marzenie. Figury zrób z tego co pozostanie, pozwól, że tylko popatrzę... a później graj... Zaciekle, ze mną i beze mnie, we mnie i na mnie... Zanim mrugnę wosk rozpuści się ponownie.

Czasami czuję się jak na bezludnej wyspie... Wysyłam Ci list w butelce... czytając na japońską modę, znajdź wszystko, co mówię...

W zielonym szkiełku odbija się melodia, gdy potrącasz moje struny skrawkiem myśli... jak spadający liść drażni świeżą opaleniznę...



Kuppi suklaa.




w łuszczącej się skórze dłoni
pomiędzy podrażnieniem i tunelem
jeden milimetr kwadratowy
zabliźnia się

powoli wiatr osuszy wilgoć pod kolanami
posłuszny kropce postawionej
złamanym gęsim piórem
bez kleksa

płaty łuszczącej się skóry
zrzuca dreszcz
czasami słodkawy
innym razem kwaśny

wąż nowonarodzony

białe filiżanki potłukę
rozleję czekoladę
wyrzucę pomarańcze i konwanlie
naga będę piękniejsza






Tylko zniknąć...

Wyśpiewam sobie ogród w Szkocji i mały zamek... zamek z piasku,z nieskończonej ilości ziarenek. Każde rozgryzę wpierw na pół, idealnie, równo i nieporównywalnie. Każde obliżę tak by miało więcej, niż jedną połówkę. Czy łatwiej wtedy będzie je poskładać?

Ciągłe ucieczki i powroty, zabawa w chowanego z rzeczywistością  to bardzo męczący proceder i jednocześnie nieunikniony chyba. Nie mogłam płakać, nie moge płakać, nie będę mogła płakać... Rozbijam się sama w sobie i poza sobą, jeden wielki chaos, jeden ogromny obłęd... Wszystko czarne, wciąż czarne, czarne, czarne... obsesja koloru, patrzę w lutro i wszystko czarne na mnie... patrzę na najbliższych mi ludzi i wszystko czarne wokół, wszyscy jesteśmy ubrani na czarno, wszyscy płaczą... tylko ja nie mogę płakać, tylko mnie nie wolno.

Dobrze, że Ty masz kolorowe kwiaty. Kupiłam Ci malinowy koszyk i kilka białych zniczy. Mam Ci tyle do powiedzenia, do pokazania, do przeczytania... Tyle bym chciała od Ciebie usłyszeć, chciałabym byś się na mnie zezłościł o to, że schudłam, żebyś dzwonił co dwie godziny pytając jak się czuję i czy jadłam.

Nie ma Cię... ja nie mogę płakać... Nie ma Cię... nie potrafię tam iść... Nie ma Cię... nie chcę Ci kupować kwiatów... Nie ma Cię... nie chcę palić Ci zniczy...





Poza niebem, ziemią i piekłem, gdzies zawieszona w próżni pomiędzy znaczeniem, bezsensem, próżnością i brzydotą. Zawiruję biodrem i konieszkiem nosa zahaczę o zapach mężczyzny... Tego, który będzie patrzył, jak pielęgnuję ogród w Szkocji... lub tego, który zamknie mnie w labiryncie nieistnienia.



cisza...



W burzy piaskowej poszukuję spokoju... Gdy kłujące ziarenka wchodzą pod odzież, pod bieliznę, wypełniają najbardziej intymne miejsca, wysuszają te najbardziej i najdłużej wilgotne... Gdy czuję rozdzierającą się skórę, pękające wargi, pokaleczone wiatrem oczy... i jestem tak cicha...

Życie bywa zaskakujące, kiedy nie zdążysz uderzyć w strunę, a ona już gnie się i dźwięczy z rozkoszy. Jedno muśnięcie daje wrzask, który utyka gdzieś pomiędzy ziemią i niebem, który płacze i błaga, by móc wstrząsnąć jednym i drugim, który dociera do światełek nerwów nawet milczący...

Tej nocy piję sok pomidorowy i tkam ciszę... Tej nocy założyłam granatową sukienkę i podlałam księcia... Tej nocy nie będę ani różą, ani jaśminem...
Zakładam nogę na nogę, ładnie, delikatnie po skosie...przechylam w bok głowę i zdmuchuję wszystkie światełka.





Cichuteńka cisza... co śmierć gładzi po czarnych włosach i wyłapuje wodę skapującą z jej niebieskich oczu... Jutro znowu trzeba wstać i iść przez pustynię...



szelestem atramentu

Dlaczego po raz kolejny nie mogę spać?


Koniuszkiem palca odwracam pokój, tak by wszystko spadło na sufit. Rozsypująca się we mnie cisza potężnieje, dokucza rytm oddechów i kilka niesparowanych myśli.


Atramentowe skrzydełko jest zbyt małe by odfrunąć. Mój Anioł Stróż oddaje mi swoje skrzydła, bym mogła obudzić się z różą na poduszce...